23 i pół godziny
Okiem Obserwatora: 23 i pół godziny, Krzysztof Stopczyk, e-teatr, 2.03.2026r.
Rzymianie mówili: omne trinum perfectum – wszystko, co potrójne, jest doskonałe, a Rosjanie: boh trojcu lubit – bóg kocha wszystko, co potrójne. Ostatnio osobiście doświadczyłem prawdziwości tych sentencji, bo w krótkim czasie oglądałem trzy premiery spektakli i wszystkie znakomite! Pierwszą była „Ellen Babić” autorstwa Mariusa von Mayenburga, wyreżyserowana w Teatrze Wybrzeże przez Patryka Warchoła (zwycięzcę ubiegłorocznego „Konkursu dla reżyserek i reżyserów na początku drogi zawodowej”, ogłoszonego przez Teatr Współczesny). Drugą „Żyj teraz”, rewelacyjny monodram Barbary Popławskiej, wyreżyserowany przez Wawrzyńca Kostrzewskiego w mistrzowskim wykonaniu Justyny Sieńczyłło w warszawskim Teatrze Kamienica. No i dopełnienie tej wielkiej trójki: „23 i pół godziny” Carey Crim, w bardzo dobrym tłumaczeniu Bogusławy Plisz-Góral, wyreżyserowane przez Jarosława Tumidajskiego na Scenie w Baraku w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Wszystkie trzy są dramatami dotykającymi najczarniejszych stron ludzkiej natury, ale raz jeszcze podkreślę, wszystkie trzy, to znakomite, wręcz wybitne spektakle teatralne! Pewnego rodzaju ciekawostką jest fakt, że pierwsza i trzecia z tych sztuk mają bardzo podobną tematykę. A teraz skupiam się na najnowszej premierze Jarosława Tumidajskiego.
Teatr Współczesny w Warszawie już drugi sezon konsekwentnie wystawia sztuki poruszające tematy rozpalające opinię publiczną do białości. Najnowsza premiera, która odbyła się na Scenie w Baraku to „23 i pół godziny” jest pierwszą w Polsce inscenizacją przedstawienia, które swoją światową prapremierę miało równo dziesięć lat temu, czyli w 2016 roku, w Royal MTC Warehouse w Manitoba w Kanadzie. Data tego pierwszego, oficjalnego, publicznego pokazu jest o tyle istotna, że było to na rok przed wybuchem ogólnoświatowego ruchu MeToo. Recenzja spektaklu teatralnego nie jest miejscem do rozważań wszystkich za i przeciw tej akcji, jednak faktem jest, że tego typu problemy istniały już wcześniej (co jest truizmem), ale również były poruszane w sztuce, w tym przypadku chodzi mi o teatr. I z reguły nie były tak absolutnie jednoznaczne, jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.
„23 i pół godziny” napisany jest przez kobietę. To bardzo ważne! Carey Crim jest znakomicie wykształconą amerykańską dramatopisarką, której sztuki zdobywały i zdobywają nadal liczne nagrody na festiwalach i konkursach. Na ich podstawie nakręcono również filmy. A więc jest osobą potrafiącą „trzymać rękę na pulsie” jeżeli chodzi o tematy interesujące opinię publiczną i doskonale wyczuwa czego oczekują odbiorcy. Tak jest właśnie z „23 i pół godziny”. W kwestii formalnej. Hasło „Me Too” po raz pierwszy pojawiło się w przestrzeni publicznej w 2006 roku, na jednym z portali społecznościowych w ramach kampanii kierowanej do kobiet, które doświadczyły przemocy seksualnej. Zostało wymyślone przez amerykańską aktywistkę Taranę Burke, która następnie stworzyła cały ruch MeToo. Jednak przez ponad dekadę nie zyskiwał on na popularności, aż do wybuchu afery Harveya Weinsteina w 2017 roku. Wtedy nastąpiło istne tsunami, ale było to już rok po światowej prapremierze „23 i półgodziny” w Kanadzie!
Można więc powiedzieć, że Carey Crim była jedną z tych odważnych, które poruszały publicznie ten temat, uważany do tej pory za tabu. I to bardzo wnikliwie ukazując wszystkie za i przeciw tej akcji. Szkoda, że jak miało się okazać wkrótce, mało kto skorzystał z jej przestróg i tak naprawdę zasada „domniemanej niewinności” przestała działać. Wystarczyło tylko SŁOWO, a REALNE konsekwencje były natychmiastowe i bardzo dotkliwe. Przykładów jest aż nadto. A w wielu przypadkach oskarżenia były absolutnie bezpodstawne. Oczywiście! Dużo więcej z nich miało realne, potwierdzone w faktach podstawy! Ale za każdym pomówieniem krył się dramat oskarżonego i jego najbliższych.
Nie mogę Państwu dokładniej przybliżać fabuły „23 i pół godziny”, bo byłoby to już jawne spojlerowanie. Jednak takie wydarzenia, jakie oglądamy na Scenie w Baraku, niestety dzieją się w każdym aspekcie tej fabuły nadal i to nie tylko w dalekim świecie, ale u nas, nad Wisłą również. Jest to więc spektakl dojmująco aktualny!
Muszę przyznać, że tym razem twórcy tej inscenizacji zaskoczyli mnie już zaraz po wejściu na widownię. Kilkakrotnie zdarzało mi się pisać o specyficznych dla scenografów warunkach, jakie mają do dyspozycji w Scenie w Baraku. A tu, proszę! Takiej dekoracji nie powstydziłaby się żadna duża scena. W pełni umeblowane mieszkanie składające się z kilku pomieszczeń. I to bez żadnych udawań. Wspaniałe meble, obrazy, kwiaty, działające krany, meblościanki, pełno bibelotów i fotografii, fotele, w pełni wyposażona kuchnia, itd. Słowa najwyższego uznania dla Katarzyny Korneli Kowalczyk.
Stroje, w których występują aktorki i aktorzy również są idealnie dopasowane do postaci i nie są w żadnym szczególe przerysowane. Za ich dobór odpowiada Krystian Szymczak. Obydwa te elementy (scenografia i kostiumy) znakomicie współgrają ze sobą.
Do tego dochodzi bardzo dobre oświetlenie, tradycyjnie w tym teatrze wyreżyserowane przez Katarzynę Łuszczyk.
No i oczywiście muzyka, która jest bardzo ważna w tym spektaklu, czasami prawie niesłyszalna i nieabsorbująca uwagi (jednak obecna), a czasami wręcz narzucająca narrację (co za hity!). Za oprawę muzyczną „23 i pół godziny” odpowiada reżyser całości przedstawienia, czyli Jarosław Tumidajski.
Zauważyłem, że obecna dyrekcja Teatru Współczesnego dużą wagę przykłada do dawania szansy młodym artystom (reżyserom, scenografom, aktorom), bez względu na płeć. To już kolejny spektakl, w którym młodzi mają szansę zaistnienia na wiodącej w kraju scenie. Tym razem w obsadzie znalazło się dwóch studentów uczelni artystycznych, którzy wcielają się w postać Nicholasa (występują w dublurze). Są to: Maciej Bisiorek (z Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi), który dał się już poznać szerszej publiczności i Jan Scardina (III rok Akademii Teatralnej w Warszawie). W premierowym spektaklu „23 i pół godziny” wystąpił Jan Scardina. I było to wejście smoka. Zdumiewające, jakie umiejętności posiada ten student III roku! Rolę miał bardzo trudną, bo musiał pokazywać wymuszoną przez niezależne od niego wydarzenia, totalną przemianę nastolatka. Niesamowite przeskoki stanów psychicznych i zachowań, krańcowo różne emocje wewnętrzne i wybuchy na zewnątrz. Debiut marzenie i w pełni zasłużone owacje na stojąco, po zakończeniu spektaklu.
W pozostałych rolach występuje już etatowy zespół aktorski Teatru Współczesnego. I żeby nie było niejasności, nie ma łatwiej! Każda z postaci zmaga się z wewnętrznymi demonami, w każdej następują z biegiem czasu ogromne zmiany w sposobie myślenia i w zachowaniu.
Czwórka dorosłych, to dwa małżeństwa: Leigh (Katarzyna Dąbrowska) i Tom (Szymon Mysłakowski) HODGES oraz Jayne (Monika Pikuła) i Bruce (Szymon Roszak) WAGNER.
Cztery osoby, cztery typy osobowości, cztery spojrzenia na rzeczywistość, cztery sposoby argumentacji i co najważniejsze – cztery głośno wypowiadane sądy i wnioski dotyczące tej samej sytuacji/zdarzenia. Całą czwórkę można określić kwartetem doskonałym, ponieważ każda z aktorek i każdy z aktorów wciela się w postać o zupełnie innym charakterze, sposobie zachowania i stanach emocjonalnych i wszyscy robią to doskonale. Dzięki ich rewelacyjnie autentycznej grze wytwarza się efekt synergii, który winduje spektakl do niebotycznego poziomu napięcia emocjonalnego. Zawsze staram się obserwować reakcje publiczności. Na tym spektaklu było to bardzo trudne, bo sam nie mogłem oderwać się od tego co słyszałem i widziałem na scenie. Ale jednak coś tam docierało do mnie i zarejestrowałem, że publiczność dosyć szybko i radykalnie podzieliła się na zwolenników i przeciwników racji zantagonizowanych stron. Bo w tej fabule nie ma półcieni, jest czarne lub białe, układ binarny: 0 lub 1! To jest z jednej strony ogromna siła tego spektaklu (bo trzeba się określić), a z drugiej, właśnie przed tym przestrzega Carey Crim (autorka). Słowo przeciwko słowu, ale nie kończy się tylko na warstwie werbalnej. Na wspomnianym wyżej monodramie autorstwa Barbary Popławskiej „Żyj teraz”, bardzo mocno wybrzmiewa fraza „słowa mają moc!”. O tym jest też „23 i pół godziny”. Słowa mają moc! I to diabelsko silną. Raz wypowiedziane wywołują konsekwencje niszczące nie tylko osobę, której dotyczą, ale również jej bliższe i dalsze otoczenie. Stygmatyzują na całe życie i nie dają możliwości całkowitej rehabilitacji. W przypadku, gdy były prawdziwe można powiedzieć, że są w pełni zasłużoną karą, ale co z tymi na których rzucono infamię niesłusznie, często w sposób w pełni świadomie fałszywy, gdzie jedyną intencją była chęć zaszkodzenia i/lub zemsty?
Takich historii jest w realnym życiu pełno zarówno na świecie, jak i w Polsce. W sztuce bardzo szybko bohater skazany jest w procesie POSZLAKOWYM na najmniejszą z możliwy kar. Ale w życiu procesy uniewinniające i rehabilitujące trwają latami. Pozwolę sobie przywołać jeden konkretny przykład z naszego, polskiego podwórka, dotyczący Jakuba Dymka, znanego i cenionego dziennikarza:
W 2017 stracił pracę w wyniku oskarżenia o gwałt przez byłą partnerkę, będącą jedną z bardzo aktywnych działaczek feministycznych. W 2019 został oczyszczony z zarzutów na drodze karnej, a w 2023 Dymek wygrał proces o naruszenie dóbr osobistych przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Po tym wszystkim zamieścił w mediach komentarz:
„Bardzo się cieszę, że sąd potwierdził to, co mówiłem od 2017 roku – zostałem pomówiony o przestępstwo, oskarżenia były fałszywe, a dziś należą mi się za to przeprosiny i zadośćuczynienie. Niestety, choć cieszę się z tego rozstrzygnięcia, to jest pewna rzecz, którą trzeba powiedzieć przy tej okazji głośno. Korzystny wyrok sądu nie jest w stanie oddać straconych lat, a finansowe zadośćuczynienie nie cofnie krzywdy, stresu i płaczu moich bliskich. To jest moment, w którym myślę na przykład o moich rodzicach i przyjaciołach, którzy tylko za to, że mi od początku wierzyli, musieli czytać o sobie i słuchać okrutnych słów”. Wypisz, wymaluj „23 i pół godziny”!
Carey Crim stwarzając postać Toma Hodgesa, przejmująco graną przez Szymona Mysłakowskiego, antycypuje w „23 i pół godziny” to czego doświadczył na własnej skórze Jakub Dymek. Wszystkie pozostałe postacie też są w swoich zachowaniach hiperrealne.
Obie role żeńskie są w opozycji do siebie i przyznaję, że wpatrywałem się w totalną grę Katarzyny Dąbrowskiej (Leigh Hodges – żona głównego bohatera i matka nastolatka) oraz Moniki Pikuły (Jayne Wagner – najlepsza przyjaciółka Leigh, matka dwóch małoletnich córek) z ciarkami na plecach. Obydwie stwarzają rewelacyjne kreacje aktorskie i obydwie w swoim sporze mają bardzo mocne argumenty. Mistrzostwo Carey Crim polega na tym, że Leigh (znakomita Dąbrowska!) twardo broniąca męża rozumie jednak racje Jayne, która wypowiada się w sposób stanowczy, nie dopuszczający żadnej dyskusji. Jednak jej twierdzenia są bardziej sądami, przypuszczeniami czy zbyt daleko idącą galopadą myśli, niż oparciem się na faktach. Właśnie tu objawiał się podział wśród widzów, ponieważ gdy część z wyraźną aprobatą przyjmowała argumentację Leigh, część zdecydowanie sekundowała Jayne (równie znakomita Pikuła!).
W relacjach Toma i Bruce'a nie ma tak fundamentalnych różnic. Można powiedzieć, że jest to przykład solidnej, męskiej przyjaźni. Bruce nawet w wymianach zdań z żoną, trzyma stronę Toma. Szymon Roszak, w roli najserdeczniejszego przyjaciela niezachwianie wierzącego w niewinność przyjaciela, jest przejmująco prawdziwy.
Niesamowicie trudna do zagrania jest postać Toma Hogdesa i Szymon Mysłakowski może tę rolę zapisać złotymi zgłoskami w swoim portfolio.
Uważam, że najnowszą premierę Teatru Współczesnego w Warszawie, czyli „23 i pół godziny” Carey Crim w reżyserii Jarosława Tumidajskiego, powinna zobaczyć każda osoba pretendująca do nazywania się kulturalną. Mnogość, autentyczność i aktualność tematów poruszonych w fabule, wynagrodzi każdemu jego ewentualne, wcześniejsze wahania. A dodatkowym bonusem jest rewelacyjna gra całego zespołu aktorskiego oglądanego na scenie.
Byłem, widziałem, słyszałem i wyszedłem głęboko poruszony. A oto chodzi w teatrze!
Życzę Państwu i sobie również jak najwięcej premier takich trzech spektakli, jeden po drugim, w jakich ja miałem szczęście uczestniczyć!
