23 i pół godziny
„23 i pół godziny” we Współczesnym – o histerii i tajemnicy, Piotr Zaremba, i.pl, 8.03.2026r.
O czym jest sztuka „23 i pół godziny”, co nam chce powiedzieć Teatr Współczesny? Dostajemy traktacik o zaufaniu, o niemożności pełnego poznania bliskiej osoby. Ale trochę także obraz paniki moralnej wynikłej z Me Too. To się dzieje w Ameryce. Na ile może się zdarzyć w Polsce?
„23 i pół godziny” amerykańskiej dramatopisarki Carey Crim to kolejne celne trafienie warszawskiego Teatru Współczesnego pod nowym kierownictwem (Wojciech Malajkat i Marcin Hycnar). Mamy tu do czynienia z wyborem repertuarowym niedogmatycznym, ciekawym, dającym poczucie związku z realnym życiem ludzi naszych czasów.
Skądinąd dla wychwytywania takich ofert działa ten teatr. Crim wystawiła to po raz pierwszy w roku 2016. Realia są amerykańskie. Ale na dobrą sprawę coś podobnego mogłoby się zdarzyć w Polsce.
Nie lubię streszczać sztuk, ale w tym przypadku muszę ujawnić zalążek akcji, mam zresztą wrażenie, że zrobił to już sam teatr. Popularny nauczyciel w liceum Tom święci swój triumf: wystawił (to akurat specyfika anglosaska) udane szkolne przedstawienie. To „Romeo i Julia”. Coś takiego w Polsce byłoby możliwe, choć w ramach zajęć pozalekcyjnych. Tam to element szkolnego rytuału. Świętuje z żoną Leigh i przyjaciółmi: kolegą z pracy Brucem i jego żoną Jayne. Pojawia się też w mieszkaniu jego nastoletni syn Nicholas. I to radosne zdarzenie zostaje zakłócone telefonem ze szkoły. Jego ulubiona uczennica grająca w spektaklu oskarża go o wymuszony na niej seks.
Tom płaci za to więzieniem, a po wyjściu na wolność szuka swojego miejsca: w społeczeństwie i pośród najbliższych. Ponieważ proces był poszlakowy, także my widzowie nie wiemy, co o tym myśleć. W miarę eskalacji konfliktów czekamy z zapartym tchem, że prawda zostanie ujawniona w jakimś efektownym zwrocie akcji.
Rozmowa o zaufaniu
Tekst, dobrze napisany, pełen napięcia, a właściwie różnych napięć, wziął w swoje ręce Jarosław Tumidajski. To reżyser, który nie przesłania swoim ego ciekawej opowieści. Niczym bóg deistów wprawia mechanizm w ruch i pozwala mu rządzić się własnymi prawami. Prawami dobrych dialogów wypowiadanych przez dobrych aktorów. Oczywiście zapewne reżyser pilnuje dobitności wszelkich przecinków i pauz, ale nie zmienia opowieści pani Crim w swoją własną o czymś innym.
W funkcjonalnym zwykłym saloniku (scenografia Katarzyna Kornelia Kowalczyk) rozgrywa się dramat, a właściwie kilka równoległych dramatów. Jedyny czysto techniczny mankament to położenie sofy, na której kilka razy przysiadają bohaterowie. Jest tak niska, i tak ustawiona na scenie, że nawet z czwartego rzędu (to mała scena, tak zwany Barak) trudno chwilami siedzących na niej obserwować. Ale kiedy wstają albo przesiadają się gdzie indziej, są widoczni jak na dłoni – ze swoimi zgryzotami, dylematami i emocjami.
Jest tu sporo emocji. Trwa bowiem rozmowa o zaufaniu, o niemożności poznania do końca najbliższego człowieka, o łatwości osądzania bliźniego, ale i o męce życia u boku kogoś, kogo nie jest się pewnym. Zarazem choć napisałem, że to świetny tekst, ma on pewną słabość. Niedokładnie odtwarza wyjściowe zdarzenie i szczególnie to, co z nim potem zrobiono w sądzie. Nie znamy prawnej kwalifikacji czynu. Seks z nieletnią, ale na ile pod przymusem? Wyrok jest w sumie dość łagodny, jeśli założyć, że to prawda, a nie coś wymyślonego przez egzaltowaną nastolatkę. Z kolei jeśli to wymyślone, to z jakiego powodu?
Autorka mogła uznać, że możemy się obejść bez tego. Istotą są przecież obrachunki Toma z najbliższymi. Głównym tematem jest psychologia, międzyludzkie relacje. Pokazywane bez żadnej tezy wstępnej, szczególnie ideologicznej. Tym niemniej jakby w tle dostajemy także obserwację społeczną, a dla niej sądowa strona historii jest istotna.
Autorka nie podważa totalnie histerii związanej z ruchem Me Too. Ba, znajduje pewne racje za podejrzliwością i pryncypialnością, jaka za nim stoi. A jednak wynikająca z niego panika moralna traktowana jest z dystansem, jeśli nie sceptycyzmem. Co czyni sztukę łagodnie niepoprawną politycznie.
Skądinąd nasuwa się pytanie: czy Toma skazano wyłącznie na podstawie opowieści uczennicy? Chyba tak, skoro najbliżsi nie wiedzą, co myśleć o jego winie, a wiedzieliby poznając na procesie inne dowody. Ale to przecież dość przerażające założenie. Czy tak dziś wygląda wymiar sprawiedliwości w podobnych sprawach?
Oto aktorska dojrzałość
Carey Crim na nikogo nie wydaje wyroku. Tumidajski idzie za jej sposobem myślenia. Nie ma tu więc miejsca na nadmierne przerysowania, na pogrążanie własnych postaci. Jest miejsce na empatię wobec nich. To zadanie dostaje czwórka doświadczonych aktorów Współczesnego. Nawykła do repertuaru opartego na słowie, na psychologicznej wiwisekcji postaci.
Piątym jest Maciej Bisiorek, student łódzkiej filmówki, jako licealista Nicholas. Nawet on zdążył już dać się zauważyć – w filmie Kordiana Kądzieli „LARP. Miłość, trolle i inne questy” i w teatrze telewizji „Ruda”, gdzie powierzył mu niewielką, ale wyrazistą rolę Wawrzyniec Kostrzewski. W tej sztuce wystarczy, że jest naładowany młodzieńczymi emocjami. Gra bardzo wiarygodnie kogoś, komu świat zawalił się u progu życia.
Szymon Mysłakowski wciela się w nauczyciela Toma. Całkiem niedawno widzieliśmy go w farsie „Macki miłości” w brawurowo karykaturalnej roli policjanta. Tu jest przeciwieństwem tamtego stylu opowiadania: wyciszony, a przez większość przedstawienia jakby zablokowany, pogrążony w odrętwieniu, z którego kilka razy się wyrywa, by szybko do tamtego stanu powrócić. Moja generalna uwaga: choć widziałem Mysłakowskiego na tej scenie w wielu rolach, wciąż mam poczucie, że zasługuje na jeszcze więcej.
Jeszcze bardziej dotyczy ta uwaga Szymona Roszaka, w roli jowialnego, przyjaznego światu, nieszczęśliwego, kiedy musi podejmować fundamentalne decyzje moralne, Bruce’a. Więcej Roszaka w Teatrze Współczesnym – to mój apel. Z kolei Monika Pikuła jako Jayne jest tu jedyną postacią chwilami drażniącą. Ale stawiamy sobie pytanie, czy w jej etycznym zacietrzewieniu, w jej podejrzliwości, wszystko jest błędem? Możliwe, że nie. A jeśli nawet tak, pytanie, ile w tym jej odpowiedzialności, a ile ducha epoki. To właśnie ta wytrawna aktorka najmocniej musi uważać, aby się wystrzegać karykatury. I robi to z powodzeniem.
Na końcu Leigh w wykonaniu Katarzyny Dąbrowskiej. Zawsze mam wrażenie, że tę aktorkę, z jej specyficznym głosem i talentami wokalnymi (tu zupełnie niewykorzystanymi, nawet muzyki tu nie ma) otacza jakaś świetlista, pastelowa aura. Może w większym stopniu niż pozostali jest zarazem postacią ze sztuki, udręczoną przejściami żoną prowincjonalnego nauczyciela, i nadal „tą Dąbrowską”. Takie jest w każdym razie moje wrażenie. Takie naginanie scenicznych bohaterów do własnych osobowości to jedna ze scenicznych metod. I w sumie bywa to osiągnięciem aktorów najwybitniejszych.
Jej Leigh nie przestaje nas ani na chwilę intrygować, choć to przecież Tom niesie z sobą największą zagadkę. Jakie są tak naprawdę jej motywy trwania przy mężu? Potęga uczucia, które nie wygasa? Ale przecież chwilami ma dosyć. Czy wytrwa? Finał dowodzi, że nie całkiem. A może tylko grała taka rolę, bo ma niewielkie pole życiowego manewru? A może...
To ten typ spektaklu, po którym aż by się chciało od razu zasiąść w teatrze z twórcami do dyskusji. A zarazem nie ma w nim nic z dydaktyzmu, za którym nie przepadam. Chylę czoła przed całą ekipą. Jesteście wiarygodni w opowiadaniu mi o świecie.
