23 i pół godziny
Pół godziny niepewności , Marek Zajdler, NaszTeatr, 2.03.2026r.
Teatr Współczesny w Warszawie, wychodząc naprzeciw zobowiązującej nazwie, stara się sięgać po teksty współczesne. Tym razem polską prapremierę sztuki amerykańskiej dramatopisarki Carey Crim „23 i pół godziny” wyreżyserował na Mokotowskiej Jarosław Tumidajski, wracając do Współczesnego z ósmym już przedstawieniem. Szczęśliwie nie uległ pokusie przenoszenia akcji na polskie podwórko, a zostawił nas z bolączkami dzisiejszej Ameryki, w której rezonują epsteinowskie fantazmaty, echa ruchu Me Too, epidemia opioidów czy ekonomiczne zmartwienia klasy średniej. Przede wszystkim jednak opowiada o wąskim kręgu osób, których dotychczasowe beztroskie, małomiasteczkowe życie wywraca do góry nogami padające znienacka oskarżenie. O grupie najbliższych sobie ludzi stających w rozkroku pomiędzy lojalnością a niepewnością, zaufaniem a podejrzliwością, miłością a odrzuceniem.
Sztuka Crim interesująco buduje dramaturgię – zaczyna się sielankowym happy endem, czyli tam, gdzie niejeden spektakl by się kończył. Tom – nauczyciel z powołania i nerdowsko zakochany w Szekspirze opiekun szkolnego teatru – świętuje właśnie z rodziną i parą przyjaciół premierę „Romea i Julii”. Serdeczne docinki, zakrapiana winem i śmiechem atmosfera gasną wraz z dźwiękiem telefonu. Pauza. Trzy lata później bohaterowie oczekują w napięciu powrotu Toma z więzienia, dokąd w wyniku poszlakowego procesu trafił skazany za molestowanie uczennicy. Trzy lata to szmat czasu. Na każdym z nich odcisnął on swe piętno, ale dopiero teraz zmusza ich do skonfrontowania własnych sądów z powrotem do jako takiej normalności. Ale czy taki powrót jest w ogóle możliwy?
Atmosfera staje się cięższa z minuty na minutę. Wątpliwości tłumione czy niewypowiedziane wcześniej, znajdują szczeliny i pęknięcia, by wydostać się na zewnątrz i wybrzmieć gruchocząc kruchą dotąd zmowę milczenia. Leigh od początku stoi przy mężu, twardo broniąc jego niewinności. Jej świat jest zależny od świata Toma. Podważenie fundamentów jednego z nich obali wszystko w gruzy. Musi więc ratować go za wszelką cenę. Przecież zbudowali wspólne życie, mają dorastającego syna. Dlatego walczy, nie dopuszcza do siebie dręczących myśli, dusi w zarodku pełzające znaki zapytania i tylko Katarzyna Dąbrowska wie, ile skumulowanych na scenie emocji ją to kosztuje. Aktorka buduje rolę silnej na zewnątrz i rozpadającej się w środku kobiety, przy wsparciu przyjaciół dzielnie stawiającej czoła problemom finansowym i samotnemu wychowaniu popadającego w nałogi syna, ale po zdjęciu zbroi pozostaje w niej złość, uraza i jątrząca się w sercu rana. Nie zobaczymy ich tak od razu, Leigh wciąż odgrywa swój teatr niezłomnej wiary w uczciwość męża. Raczej usłyszymy mimochodem o rozbitym telewizorze, o spaniu na kanapie czy rozżaleniu, iż Tom zostawił ją samą wobec ludzkiej nienawiści. Bo przecież tłum także wydał swój osąd, a w małej społeczności nietrudno o ostracyzm i łatkę współwinnej. Najbardziej przejmująca, najbardziej prawdziwa jest Dąbrowska w chwilach zrzucenia przyoblekanej maski, gdy przychodzi jej pół godziny niepewności, głos zaczyna drżeć, a natrętne pytania powracają jak bumerang.
„Im częściej pytasz, tym mniej pewna będziesz” – odpowiada jej Szymon Mysłakowski, który konsekwentnie buduje rolę Toma-intelektualisty broniącego swoich przekonań i wartości. Człowieka straumatyzowanego, ale nie złamanego pobytem w więzieniu, choć przecież nawet w USA ciężko jest przeżyć w zakładzie z łatką KFC (ang. Kiddy-Fucking Cunt). Może właśnie ze względu na butę, a nawet cień arogancji w jego zachowaniu nie wiemy do końca czy mu ufać. Bo niby to inteligentny człowiek o gołębim sercu, wielkiej miłości do teatru i młodzieży, a jednak tak zupełnie oderwany od realiów, jakby żył co najmniej w epoce Szekspira. Życiową naiwność przejawia nawet po odbyciu kary, wybuchowe reakcje przeplata czułymi słówkami, a tak naprawdę nawala na całej linii. W rezultacie nie daje się lubić i ciężko mu współczuć. A przy okazji zaufać.
Jedyną osobą, która zadaje pytania jest Jayne, charakternie wyrysowana przez Monikę Pikułę. Początkowo lawiruje jeszcze, by nie urazić przyjaciółki, ale w końcu otwiera na oścież drzwi sceptycyzmu i nie boi się wypowiadać swojego zdania. Wyraża wszystkie te wątpliwości, które gdzieś tam kiełkują także w widzach. Jako matka dwóch niepełnoletnich dziewczynek, która widziała, co widziała, ma do tego pełne prawo. Czy jednak wspomnienia nie płatają jej figla? Czy nie nadinterpretowała wydarzeń z przeszłości? Pikuła z wyczuciem, raz ulegając emocjom, raz je tonując, buduje napięcie inicjowaniem kolejnych dramaturgicznych zwrotów akcji. Ostatecznie jednak przegrywa ze strachem i podszeptami własnej wyobraźni rozszerzając odpowiedzialność za czyny Toma na jego bliskich.
Szymon Roszak jako Bruce, mąż Jayne, stanowi przeciwwagę dla trapionej podejrzeniami żony. Do dusznej atmosfery obyczajowego dramatu wprowadza element humoru, wpuszcza do środka odrobinę powietrza nie pompując nadmiernie balonika niepotrzebnych jego zdaniem pytań i odpowiedzi. Lojalny wobec przyjaciół, tłumaczący przed nimi zachowania żony, woli pozostać w niewiedzy, nonszalancko popijać drinki i najzwyczajniej w świecie zapomnieć o temacie. Sztuką jest wykrzesać z publiki wesołość w tak przytłaczającym nastroju.
Najbardziej poturbowany wychodzi z tej sytuacji młody Nicholas w interpretacji Macieja Bisiorka. Można sobie tylko wyobrazić, co przeżył ten niedawno wesoły dzieciak w rówieśniczym środowisku, ilu obelg i wyzwisk wysłuchał, jak bardzo został napiętnowany. Nick nie ucieka jednak w apatię, a w używki i zabawę. Bisiorek fantastycznie odnajduje się w roli rezolutnego i będącego na nieustannym haju nastolatka. W jednej chwili z młodzieńczą fantazją wzdycha do kwiatka, by naraz unieść się gwałtownością i wykrzyczeć światu gotującą się w nim wściekłość. To chłopak na krawędzi, biegnący na zatracenie jak najdalej od przerastającej go rzeczywistości, w bezustannym ruchu, z rozbieganym wzrokiem, zamaszystymi gestami, ciętym językiem i kpiarskim, słodkim uśmiechem. Jego bunt prawdziwie dotyka, rodzi współczucie i dodaje tej głęboko uderzającej historii głębszej perspektywy. Zmiennikiem w roli Nicholasa jest Jan Scardina, którego obserwowałem jedynie podczas próby medialnej, niemniej śmiem twierdzić, że obaj młodzi aktorzy nie oddają tu pola.
Jarosław Tumidajski nie rysuje scenicznego moralitetu, lecz skupia się na dramacie człowieka i figlach płatanych nam przez podświadome wyobrażenia. Na różnorakich ludzkich reakcjach obronnych wobec pękającego w szwach zaufania, którego nagły brak burzy porządek rzeczy. Relacje balansują niebezpiecznie między wiarą i zaufaniem a rosnącymi wątpliwościami, u jednych uruchamiają mechanizm wyparcia, u innych zakłamywania bądź wyolbrzymiania zdarzeń z przeszłości. Pojawiająca się rysa kiełkuje natrętnymi myślami i wobec braku jednoznacznej winy oskarżonego, zostawia nas samych w roli sędziów, z naszymi sympatiami i przemyśleniami. A czasem doświadczeniami. Czy mąż widziany przez znajomą w kawiarni z brunetką z biura był tylko na małej czarnej, czy może kryje się za tym coś więcej? Gdzie jechała żona mknąc szosą na południe, gdy miała być w delegacji w Poznaniu? Czy ministrant nie zrozumiał opacznie intencji księdza proboszcza? Gdzie leży prawda i czy warto o nią kruszyć kopie?
„23 i pół godziny” zastawia na nas pułapkę sugerując potrzebę opowiedzenia się po którejś ze stron. Wejścia w buty bohaterów i wydania ostatecznego werdyktu. Ale to pozór, bowiem spektakl nie daje jasnej odpowiedzi, co stanowi zarówno jego siłę, jak i słabość. Kolejne zwroty akcji przesuwają delikatnie granice prawdopodobieństwa, ale zawsze w ramach bezpiecznego marginesu błędu. Jakby niedopowiedzenie było wpisane już na zawsze w historię bohaterów, zmuszając nas do ciągłego stawiania pytań bez odpowiedzi. To chyba właśnie jej brak, wobec ciężkiego emocjonalnie przeżycia teatralnego, boli najbardziej. Bo do końca nie wiemy komu i w co wierzyć. Reżyser chciałby nas zostawić zapewne z nadzieją, że miłość może przezwyciężyć wszystko. Że bez względu na okoliczności warto ufać najbliższej osobie. Smutna prawda jest jednak taka, że często nie warto. A nadszarpniętego raz zaufania, drążonego bez ustanku kroplami podejrzliwości nie da się zamknąć na długo w ledwie trzydziestu minutach wewnętrznych rozterek. Pół godziny niepewności bywa dłuższe niż niejedna doba. Zresztą idźcie i oceńcie sami.
