23 i pół godziny
23 i pół godziny w Teatrze Współczesnym w Warszawie, Alina Ert-Eberdt, segregatoraliny, 8.03.2026r.
Reżyser Jarosław Tumidajski powiedział przed premierą, że 23 i pół godziny zaczyna się w miejscu, w którym zazwyczaj kończą się filmy hollywódzkie. Zabrzmiało zachęcająco!
Jest to sztuka amerykańskiej dramatopisarki. Tytuł odnosi się do doby z brakującą półgodziną, która jest metaforą niepewności, uniemożliwiającą pełne zaufanie do najbliższej osoby.
Rzecz dzieje się na prowincji. Bohaterami są zwyczajni Amerykanie – trzyosobowa rodzina i para przyjaciół ich domu. Rodzinę tworzą: nauczyciel, który jest entuzjastą teatru, prowadzi szkolny teatr, jego żona pracująca w szpitalu i dorastający, zbuntowany przeciwko rodzicom syn.
W ogólnym zarysie treść jest taka: w przyjemnych okolicznościach świętowania sukcesu przychodzi wiadomość, która wywraca do góry nogami życie rodziny.
Mały spoiler: w poszlakowym procesie nauczyciel zostaje skazany. Pociąga to za sobą wzięcie go na języki przez całe lokalne społeczeństwo, odwrócenie się przyjaciółki i tak dalej, i tym podobne. Akcja sztuki jest rozciągnięta w czasie na kilka lat. Żona (grana przez Katarzynę Dąbrowską) wierzy w niewinność męża, walczy o dobre imię rodziny, ale cień wątpliwości co do tego, czy mąż powiedział jej całą prawdę – to symboliczne pół godziny w każdej dobie – nie daje jej spokoju.
Niekoniecznie takie same, ale analogiczne sytuacje, rodzące identyczne wątpliwości, zdarzają się w rzeczywistości częściej niż mogłoby się wydawać. Ta kameralna sztuka z bezbłędnie rozpisanymi rolami pokazuje, jak można zniszczyć komuś życie, przypisując mu nieudowodnione czyny. Skłania do zastanowienia się; jak ja zachowywałabym/zachowywałbym się w takiej sytuacji? Stawia też zasadnicze pytanie; zrobił to, czy nie, ale pozostawia je bez odpowiedzi.
23 i pół godziny przypomniało mi znany dramat Luigiego Pirandella. Przedstawiony tam problem jest zupełnie inny, ale wywołuje podobną refleksję. U Pirandella te same wydarzenia w relacjach dwojga głównych bohaterów wzajemnie się wykluczają. W finale pada pytanie; jak było naprawdę, skierowane również do publiczności. I następuje odpowiedź, która jest tytułem tej sztuki: „Tak jest, jak się państwu zdaje”. 23 i pół godziny ma taki sam wydźwięk, przynajmniej w moim odbiorze.
Najnowsza premiera Teatru Współczesnego w Warszawie jest bezsprzecznie warta obejrzenia, także ze względu na bardzo dobre aktorstwo, wszystkich pięciorga aktorów.
