Bracia Lehman
Bankierska saga i porywający teatr we Współczesnym, Piotr Zaremba, e-teatr.pl, 1.06.2026r.

Spektakl „Bracia Lehman” na małej scenie warszawskiego Teatru Współczesnego, to doświadczenie szczególne. Piękna robota sceniczna, więc wprawiła widzów w euforię. Ja podzielam zachwyt perfekcją formy i aktorów, acz wobec tekstu mam pytania i wątpliwości.

Mało kto nie słyszał o amerykańskim banku pod szyldem braci Lehman (Lehman Brothers Holding Inc.), choć tak naprawdę, kiedy bankrutował w roku 2008 otwierając światowy kryzys finansowy, członków tej rodziny nie było w nim od dziesiątków lat. Włoch Stefano Massini napisał o nich i wydał w roku 2019 powieść  („Qualcosa sui Lehman”, „Lehman Trilogy”), a to co my oglądamy we Współczesnym jest adaptacją Brytyjczyka Bena Powera. Wystawiono ją w wielu krajach świata. Przyszedł czas na Polskę.

Zacznijmy od zaskoczeń. Ta opowieść o żydowskiej rodzinie migrującej z Bawarii do USA. Najstarszy brat Hayum, ale w Ameryce Henry, przybył tam w latach 40. wieku XIX i założył w Montgomery w południowym stanie Alabama sklepik z tekstyliami i odzieżą. Potem ściągnął dwóch młodszych braci Mendla (czyli Emmanuela), oraz Mayera. Skądinąd sztuka traktuje najstarszego brata po macoszemu pokazując głównie, jak szybko umarł. W istocie stało się to w roku 1855, ale i on zdążył się ożenić i spłodzić czwórkę dzieci (co pominięto).

Jeszcze razem stali się potentatami handlującymi południową bawełną. Po wojnie secesyjnej dwaj młodsi przenieśli się do Nowego Jorku i zostali bankierami. Co jest w tej opowieści zaskakującego? Pokazuje nam się ich determinację w prowadzeniu interesów, śledzi ich spory i ich małżeństwa, podkreśla ich żydowską tożsamość. Nie pokazuje nam się jednego: ich bezwzględności w biznesie.

Potentaci mało drapieżni?

Z jednej strony to odstępstwo od zwyczajowego portretu drapieżnych kapitalistów, co stało się lewicowym stereotypem. Mamy więc tematyczną i stylistyczną odmianę. Z drugiej, ciężko uwierzyć, że nikogo nie oszukali, nie skrzywdzili, nie eksploatowali swoich pracowników (bywali również fabrykantami, potem inwestowali w kolej). Tu nic takiego się nie pojawia.

Skoro to poniekąd potencjalny odpowiednik naszej „Ziemi obiecanej”, obraz wydał mi się niekompletny. Zastanawiam się nad ogólną wymową. Ktoś może zrozumieć z tego tyle, że amerykański kapitalizm stworzyli Żydzi ze swoim duchem przedsiębiorczości. Ktoś inny – że był to początkowo raj ryzyka i ekspansji.

Bracia stają się staruszkami, prowadzenie banku przejmuje syn Emmanuela Philip, potem wnuk Robert. Obraz kapitalizmu staje się odrobinę bezwzględniejszy, zwłaszcza gdy oglądamy potężny kryzys roku 1929, a potem kłopoty kolejnych generacji rodziny z przystosowaniem się do zmian w naturze amerykańskiego rynku. Mamy tu pewne prawidłowości: drapieżnego Philipa wykładającego samą naturę bankowości („naszym towarem, solą naszej działalności, jest sam pieniądz”)  zastępuje bardziej miękki, obciążony skłonnościami artystycznymi Robert, a jednak każdy z nich jest skazany na coraz większe tempo walki o własną pozycję.

Zmieniają się po drodze zasady prowadzenia biznesu, patriarchalna rodzinna firma jest zastępowana przez logikę akcyjnego kolosa. Ewoluują też obyczaje, co symbolizują coraz krótsze okresy żałoby po śmierci kolejnych seniorów rodu. Dostajemy odrobinę typowej dla sag rodzinnych zadumy nad kruchością losu największych potentatów. Zarazem uderza nas ich żywotność.

Dostajemy też trochę wypisów z dziejów amerykańskiego systemu ekonomicznego, i także coś z dziejów społeczności żydowskiej. Jednak i w tych kolejnych fazach rodzinnej sagi odczuwałem niedosyt, także jako historyk USA. To była okazja aby powiedzieć coś więcej o fenomenie specyficznej pozycji najpierw traktowanego z pogardą żydowskiego drobnomieszczaństwa, a potem żydowskiej elity, coraz bogatszej i potężniejszej, ale wciąż nie wpuszczanej do niektórych klubów elity anglosaskiej, wciąż mającej poczucie dyskryminacji. I trochę mi tego zabrakło.

Na dokładkę Lehmanowie to rodzina mocno upolityczniona. Sygnalizuje nam się karierę polityczną Herberta Lehmana, syna Mayera, wieloletniego gubernatora Nowego Jorku – do polityki miał go wepchnąć kuzyn Philip, żeby pozbyć się go z banku. Herbert był liberalnym demokratą, co w Ameryce oznaczało optowanie za większą socjalną równością i za kontrolą biznesu. Akces do demokratów był naturalny, Żydzi zwykle chętniej wybierali tę partię z powodów kulturowych. Ciekawe jednak co bankierscy Lehmanowie myśleli o polityce krewnego, a szerzej o zmianach w podejściu do wolnego rynku zapisywanych w kolejnych ustawach, symbolizowanych Nowym Ładem Franklina Roosevelta, który Herbert popierał. Nie podjęto jednak tego tematu.

Perfekcja perfekcja...

Pisząc o rozmaitych swoich niedosytach co do fabuły, muszę zarazem przyznać, że funduje nam się opowieść wartką i pomysłowo wystawioną. Fundamentem tej inscenizacji byłego aktora debiutującego na scenie dramatycznej, Oskara Winiarskiego, jest udział w niej tylko trzech aktorów. Początkowo, kiedy ich uniwersum ogranicza się do sklepiku w Alabamie, grają oni braci-założycieli rodu. Mateusz Król jest Henrym, Szymon Roszak – Emmanuelem, a najmłodszy Przemysław Kowalski – Mayerem. Wygląd i wiek mniej więcej pasują.

Potem jednak wszystko się komplikuje. Roszak to także gubernator Herbert, a Kowalski – Robert, wnuk Emmanuela. Z kolei Król po śmierci Henry’ego wciela się w mnóstwo epizodów, a jest przede wszystkim Philipem, synem Emmanuela. Zresztą każdy z nich gra też zastęp postaci drugoplanowych, w tym ... kobiety. Czasem jest to tylko markowane (postaci kobiece widzimy za rozmaitymi zasłonami), ale scena, kiedy Philip wybiera sobie żonę, a kolejne kandydatki gra brawurowo Kowalski, jest jedną z najsmaczniejszych. Skądinąd każdy z nich jest też chociaż przez chwilę małym dzieckiem. Wszyscy są też zarówno postaciami jak i narratorami.

Owa scena z przesłuchaniem kandydatek na narzeczoną jawi się jako totalnie komiczna. Znaczna część historii opowiadana jest bowiem w tonacji mocno krotochwilnej. Można mieć wątpliwości, czy nie odwraca to uwagi od poważnych przesłań, ale całość wydaje się być brawurowo lekka, między innymi dzięki temu. Zarazem trudno tu mówić o konsekwentnej tradycyjnej psychologii. Są co najwyżej jej epizodyczne namiastki.

Umowność dotyczy zresztą wszystkiego, przy skąpej scenografii  Marka Idzikowskiego nawet niektóre rekwizyty istnieją tylko w wyobraźni, nie trzeba się też przebierać, żeby być kim się chce. Tak można dzisiaj opowiadać w teatrze najbardziej pokomplikowane, dziejące się w wielu miejscach i wielowątkowe opowieści. Tu mamy perfekcyjne skorzystanie z takiej konwencji. Sprawność aktorów nieustannie zmieniających tożsamości budzi podziw widowni, co zostaje potwierdzone stosownymi owacjami. One wybuchały kilka razu nawet w trakcie przedstawienia.

Mateusz Król (niegdyś król Kazimierz z serialu „Korona królów”) dosłownie unosi się w powietrzu wykonując efektowne wygibasy. To jest w jego wykonaniu zbiór ról totalnych, zwłaszcza że on także bywa kobietą.

Bardziej zażywny Szymon Roszak też nie daje się przegonić w lekkości kolejnych fabularnych przewrotek, na przemian namaszczony jako ojciec rodu to znów posępnie groteskowy jako zastęp popełniających  samobójstwo podczas krachu giełdowego roku 1929 maklerów. Podziwiałem ich ogromną sprawność ruchową, ich tempo opowiadania całej historii, choć i panowanie nad tekstem, pełnym biznesowych terminów.

Wszyscy umieją być ofensywnie zabawni, ale Przemysław Kowalski jest z nich z kolei najbardziej ujmujący. Wykorzystuje do maksimum swój młodzieńczy urok. I zarazem także prezentuje się wiarygodnie jako starzec, nawet specjalnie nie deformując swojej postaci. Wierzymy mu. Wierzymy im.

38-letni Mateusz Król jest we Współczesnym od 14 lat. 34-letni Szymon Roszak – od lat 10. 31-letni Przemysław Kowalski – od lat 5. To dobre aktorskie inwestycje, cała trójka nieraz już dawała się zauważyć. Ale tym razem dostali szansę na totalną zabawę w teatr, w rolach tak obszernych i wielobarwnych, że może i nieprędko pobiją taki rekord.

Kowalskiego, absolwenta krakowskiej akademii, zauważyłem po raz pierwszy w „Wachlarzu” Carla Goldoniego, w reżyserii jeszcze poprzedniego dyrektora Macieja Englerta. Z taką brawurą wykreował postać smętnego Pierrota, Pana Ewarysta, że trudno było nie zwrócić na niego uwagi. Warto było czekać na więcej. Oczekiwanie spełnione.

Dobrze, że różnorodny repertuarowo, atrakcyjny dla aktorów Współczesny nadal pozostaje kuźnią talentów. Chciałoby się powiedzieć: jak za dawnych czasów. Byli tu dyrektorami bardzo sprawni w ich pozyskiwaniu Erwin Axer i Maciej Englert, teraz są Wojciech Malajkat i Marcin Hycnar. A ja oglądałem „Braci Lehman” siedząc obok sławy tego teatru, wciąż w nim występującego Krzysztofa Wakulińskiego. Chciałoby się zakrzyknąć:  jest ciągłość! Przynajmniej w tym budynku.

Deklaracja dostępności