Cravate Club
Okiem Obserwatora: Cravate Club, Krzysztof Stopczyk, e-teatr.pl, 21.01.2026r.

Tak się porobiło, że oglądane przeze mnie ostatnio francuskie sztuki teatralne anonsowane są jako komedie. W opisie „Degustacji” Ivana Calbéraca w reżyserii Jakuba Przebindowskiego w Teatrze Kwadrat, starałem się pokazać różnicę jaka według mnie istnieje w poczuciu humoru między nami a Francuzami. Teraz tylko podtrzymam swoje stanowisko w tej sprawie, że jest ona ogromna, a wynika według mnie – między innymi – ze społecznego przyzwolenia na podejmowanie tematów, z których można się śmiać (to Francja) i tych, z których nie wypada czy wręcz nie można sobie dworować, a już w żadnym wypadku mówić o nich w lekkiej formie (to my). 

Teatr Współczesny w Warszawie wystawił na swojej małej Scenie w Baraku „Cravate Club” Fabrice'a Rogera-Lacana, w tłumaczeniu  Katarzyny Skawiny i w reżyserii Wojciecha Malajkata.

Z wielu powodów zaliczam ten spektakl do zadziwiających. Dlaczego? Proszę bardzo, oto powody:

Na ilu REPREMIERACH Państwo byli do tej pory? Jestem prawie pewien, że było ich mniej niż PRAPREMIER i PREMIER. A na Scenie w Baraku odbyła się właśnie REPREMIERA. Wyjaśnienie jest tyleż zaskakujące, co proste. Ta inscenizacja miała swoją PREMIERĘ w Teatrze Polonia, we wrześniu 2020 roku. Później powoli ustępowała miejsca nowym sztukom, ale cały czas zachowywała swój potencjał. Dwie dyrekcje teatrów usytuowanych blisko siebie porozumiały się i przedstawienie zostało przeniesione w formule jeden do jeden na małą scenę Teatru Współczesnego. Ci sami aktorzy (Wojciech Malajkat i Marcin Stepniak), ten sam tekst przełożony z francuskiego przez tę samą tłumaczkę (Katarzyna Skawina), ten sam scenograf i autor kostiumów (Wojciech Stefaniak), dekoracje zresztą też te same. Inna jest tylko przestrzeń, w której grany jest spektakl. W Polonii było to foyer, zmieniające się czasami w Małą Scenę – Fioletowe Pończochy, a w Teatrze Współczesnym jest to w pełni profesjonalna, chociaż mała Scena w Baraku. Według mnie „Cravate club” tylko zyskał na tym.

Kolejny powód to fakt, że „Cravate Club” grany w Teatrze Polonia, nie był pierwszą inscenizacją tej sztuki, w której występował Wojciech Malajkat. Od maja 2003 r. to przedstawienie grane było w Warszawie, na nieistniejącej już niestety Scenie Prezentacje, w dawnej fabryce Norblina. Wyreżyserował je Romuald Szejd, a w dwuosobowej obsadzie rolę Bernarda grał… Wojciech Malajkat (Adriena – Sambor Czarnota). Pół żartem można powiedzieć, że obecny dyrektor Teatru Współczesnego przeżywa razem z niektórymi widzami, swoiste déjà vu. Coś jest w tym spektaklu!

Właśnie to „coś” zahacza o metafizykę i jest kolejnym powodem. Wojciech Malajkat jest dyrektorem Teatru Współczesnego już drugi sezon. Wcześniej reżyserował tu kilka sztuk cieszących się dużym powodzeniem. Nic dziwnego, że wielu widzów kojarzy go z tą sceną, ale przypuszczam, że dla wielu osób będzie zaskoczeniem informacja, że ta repremiera była… debiutem scenicznym Malajkata w tym teatrze! Właśnie ta, w tym spektaklu! I pomimo debiutanckiej tremy, zebrał po zakończeniu zasłużone w stu procentach brawa! Oczywiście ta standing ovation była skierowana do obydwu aktorów, ponieważ Marcin Stępniak jest absolutnie równorzędnym partnerem dla Malajkata. Wydaje mi się nawet, że po kilku latach jakie upłynęły od premiery w Polonii, Stępniak aktorsko „zmężniał i wydoroślał”. Przy Marszałkowskiej 56 różnica wieku była jednak bardziej widoczna niż teraz, przez co relacje między bohaterami opierały się raczej na układzie mistrz uczeń, mentor i jego podopieczny. Teraz ta współzależność istnieje nadal, ale bycie wspólnikiem w biznesie jest już bardziej wiarygodne.

A co z tą komedią? Faktycznie, sztuka zaczyna się w ten sposób, że „stare konie” robią sobie nawzajem żarty. Takie sztubackie dowcipy, ciągle niedorosłych facetów. Jest fajnie, miło, żartobliwie. Ale w tym sielskim obrazku prawie od początku pojawia się maleńkie pęknięcie, które absolutnie nie zapowiada dalszych wydarzeń. I właśnie te wydarzenia są według mnie wcale nie do śmiechu chociaż, jak przystało na tekst francuski, opowiedziane są językiem wywołującym na widowni nie tylko wesołość, ale wręcz wybuchy śmiechu. Tyle tylko, że z każdą sekundą sytuacja robi się coraz bardziej zaskakująca. Jesteśmy świadkami tajemniczego procesu, gdy z „niczego” powstaje „coś”.

I to w tym tekście podoba mi się najbardziej, bo cała sztuka jest według mnie jednym wielkim memento skierowanym do widzów. A przed czym przestrzega i do czego namawia? Właśnie do pamiętania o opamiętaniu! Żeby w życiu najpierw pomyśleć, potem działać, żeby nie ulegać jakimś absolutnie zbędnym emocjom, żeby nie „fiksować” się na jakimś jednym temacie czy idei. Należy trzeźwo ocenić, czy sytuacja nie zaczyna wymykać się spod kontroli i umieć słuchając życzliwych sobie osób, w porę zażegnać zagrożenie nieobliczalnymi skutkami jakie mogą nastąpić, gdy nie „wyluzujemy” (do czego wielokrotnie nawołuje jeden z bohaterów). I o tym jest według mnie ta sztuka. Jestem prawie pewny, że na każdym spektaklu znajdzie się bardzo wielu widzów, którzy uczestniczyli w zdarzeniach podobnych do tych, które rozgrywają się na scenie (no, może nie zawsze chodziło w nich o krawat). I dlatego jest tak prawdziwa, i tak rezonuje u widzów. 

Tyle o treści, a forma?

Aaaa, to już zupełnie inna bajka! Malajkat ze Stępniakiem dają koncert gry aktorskiej, prezentując pełną gamę swoich ogromnych możliwości aktorskich. A nie tylko tekst daje im ku temu sposobność, ale również fizycznie Scena w Baraku. Tu aktorzy są w bezpośredniej bliskości z widzami, cały czas na widoku. Widz może śledzić każdy grymas, każde skrzywienie, spojrzenie, minimalny ruch ręki czy dłoni, a nawet napięcie mięśni. Nic do ukrycia! W przypadku tych dwóch artystów, widzowi nie pozostaje nic innego, jak tylko śledzić z zapartym tchem rozwój sytuacji i podziwiać kunszt aktorski. Nie bardzo wyobrażam sobie to przedstawienie grane przez aktorów nie posiadających takich umiejętności, jak ta dwójka. Bo jak już kilka razy wspominałem, tekst jest francuski, pisany w tamtejszej konwencji, a więc można by rzec na wesoło. Dialogi są znakomite, wspaniale podawane przez Malajkata i Stępniaka. Tylko śmiech wywołany formą nie powinien nam przysłonić treści, która prowokuje do poważniejszych przemyśleń. I to wszystko aktorzy muszą pokazać na scenie. Bez przegięć w żadną stronę. 

Jak pogodzić wartko toczące się dialogi wywołujące salwy śmiechu z coraz bardziej poważnym przekazem? Jeżeli chcecie Państwo poznać odpowiedź na to pytanie, idźcie do Teatru Współczesnego w Warszawie na „Cravate Club” Fabrice’a Rogera-Lacana w reżyserii Wojciecha Malajkata i ze wspaniale funkcjonalną oraz rewelacyjnie wkomponowującą się w nowe otoczenie Sceny w Baraku (po Teatrze Polonia) scenografią Wojciecha Stefaniaka. 

Zachęcam!

Deklaracja dostępności