Cravate Club
O granicach przyjaźni i lojalności, Jarosław Hebel, mojaprzestrzenkultury.pl, 21.01.2026r.

W końcu doczekałem się świetnego spektaklu w reżyserii Wojciecha Malajkata, którego widzowie mogą oglądać na scenie Teatru Współczesnego. Będę to głosił przy każdej nadarzającej się okazji, że „Cravate Club” to jedno z lepszych przedstawień, jakie udało mi się ostatnio obejrzeć na stołecznej scenie teatralnej. Nie przypuszczałem, że znajdę się pod tak ogromnym wrażeniem wielkiej kreacji, jaką stworzył Wojciech Malajkat. Warto żyć dla takich chwil, żeby móc to zobaczyć, będąc pełnym podziwu dla aktorskiego kunsztu dyrektora Teatru Współczesnego w Warszawie.

Widzimy dwóch przyjaciół – Adriena (Marcin Stępniak) i Bernarda (Wojciech Malajkat). To dwaj architekci i wspólnicy. Łączy ich wiele – poza pracą, w której spędzają lwią część swojego życia, częste dzielenie czasu prywatnego. Przecież są przyjaciółmi, a przynajmniej uważają się za nich, dopóki Adrien nie odmówił Bernardowi wzięcia udziału w jego imprezie urodzinowej. Bohatera granego przez Malajkata musiało to mocno zaboleć i jednocześnie wprawić w konsternację. Jak to możliwe, że jego wspólnik i najlepszy przyjaciel nie chce (nie może?) przyjść do niego na urodziny? Dla niego to oczywiste, że ten powinien się u niego zjawić. Stara się dowiedzieć, co stoi na przeszkodzie, że Adrien mu odmówił bycia na ważnym dla niego przyjęciu. Gdy okazuje się, że przyczyna tkwi w comiesięcznej obecności jego przyjaciela w tajemniczym klubie, zaczyna domagać się od niego, żeby wprowadził go w jego szeregi. Bohater odtwarzany przez Malajkata jest spełnionym mężem i cudownym ojcem, a jednak bywa bezkompromisowy odnośnie postrzegania męskiej przyjaźni.

„Cravate Club” nie jest zabawną komedią, chociaż nie brakuje w niej humorystycznych dialogów i sytuacji. Spektakl ogląda się znakomicie, dzięki napięciu wzrastającemu w kulminacyjnym momencie do niebotycznych rozmiarów. To przedstawienie, które z minuty na minutę ogląda się z coraz większym zainteresowaniem, porusza bardzo istotne kwestie dla naszego życia na co dzień. Przede wszystkim opowiada o przyjaźni, a także zarysowuje granicę zazdrości i lojalności. Skoro dla jednego z przyjaciół serdeczne stosunki oparte na wzajemnej życzliwości są priorytetem w jego życiu, to czy ma prawo tego samego żądać od swojego przyjaciela?

Teatr zaprezentowany w „Cravate Club” przez duet Malajkat-Stępniak jest jak zagrany w sposób arcymistrzowski koncert przez tych dwóch aktorów. Jak równy z równym grają na scenie na najwyższych obrotach, pokazując pełną gamę nastrojów, humorów, jak i skrajnie różnych zachowań. To idealny spektakl dla widzów ceniących tradycyjny i mądry teatr.

Jeżeli miałbym mówić o jakimś minusie tego kameralnego przedstawienia, to zastanawiam się, czy muzyka z repertuaru Vivaldiego odzwierciedla emocje współczesnego nam świata, w którym żyją jego bohaterowie. Raczej pokusiłbym się o pójście w kierunku jazzu rozrywkowego, znajdującego się epokowo bliżej widzów niż muzyka z okresu baroku.

Przypadła mi do gustu oszczędna w formie scenografia – na niewielkiej scenie umieszczono pokój biurowy i coś, co przypomina recepcję ze stojącymi blisko telefonami. Bohaterowie spektaklu często z nich korzystają, prowadząc rozmowy, poprzez które czasami rozweselają publiczność. Widzowie jednak nie chichoczą jak na tanich komedyjkach w wielu teatrach prywatnych, lecz pomiędzy odegranymi częściami spektaklu mogą z radosnym uśmiechem przez moment zamyślić się na temat tego, co i w jakich proporcjach jest szczególnie istotne w relacjach międzyludzkich.

To przedstawienie jest dla widzów szukających rozrywki, jak i głębszej refleksji. Ten spektakl prezentuje teatr, jaki jest mi bardzo bliski, za jakim tęsknię i jaki uwielbiam. Potrafi rozbawić, ale jednocześnie skłania do myślenia. Jego mocnym punktem jest zaś doborowe aktorstwo jako podstawa solidnego teatru. Takiego, jaki słusznie stawia się na najwyższych piedestałach i jaki głęboko na długie lata zapada w nasze serca.

Deklaracja dostępności