Chłopki
Nasze chłopki, to i hola, la, Joanna Tumiłowicz, maestro.net.pl, 20.01.2026r.
Może niektórzy się przyzwyczaili do lekkiego, zabawowego traktowania wiejskiego folkloru, ale gdy zestawimy opinie dziewczynki, dziewczyny, kobiety, matki, żony, babci, a nawet pewnej prababci – wszystkie obejmuje wspólny termin – chłopki – to tak różowo wcale na wsi nie było.
Przynajmniej coś takiego wynika z przedstawienia Joanny Kuciel-Frydryszak pt. Chłopki w adaptacji i reżyserii Sławomira Narlocha w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Najmłodsza z przedstawicielek tej grupy społecznej, kilkuletnia gęsiarka zwierza się z marzenia, że chciałaby być krową, bowiem doświadczenie ją nauczyło, że o to zwierzę gospodarskie ludzie się troszczą i bardzo o nie dbają.
Krowa zatem spina klamrą początek i koniec przedstawienia. Są w spektaklu liczne odcienie smutku, tragizmu i niezgody, co pozwala go umiejscowić jako manifest feministyczny, są też tu ukryte apele o lepszą edukację zdrowotną, w tym zwłaszcza seksualną, jest odnoga krytyczna dotycząca tradycyjnego patriarchatu.
Nie da się też nie zauważyć apoteozy wiejskiego życia, prostoty i niewyszukania, czego próbką jest jadłospis wspomnianej już długowiecznej prababki, żywiącej się ziemniakami i kiszoną kapustą. Przedstawienie jest rażąco niesymetryczne, bo aktorek jest osiem zaś lukę męską wypełnia tylko jedna osoba – Marcin Stępniak – który musi się dwoić i troić, odgrywać złe charaktery, średnio złe, prawie dobre itd., nosić kobiety na plecach, tańczyć, pchać wóz, więc tylko on jeden ma już wkrótce zroszone potem czoło.
Dobrze mu tak. Chłopki lubią też sobie pośpiewać, co zauważyli twórcy przedstawienia i autor muzyki Jakub Gawlik. To w istocie jeden z najmocniejszych atutów estetycznych przedstawienia, bo muzyka towarzysząca na żywo akcji scenicznej, nie tylko prowadzi nas przez zmieniające się nastroje, ale jej materia dźwiękowa wydaje się dosyć wyrafinowana.
Nie ma tutaj dosłownych cytatów z muzyki ludowej, są natomiast całkiem zgrabne parafrazy, twórcze aranżacje rozmaitych motywów choćby znanych z repertuaru Mazowsza, jak: Łowiczanka jestem, dana, dana, dana, albo Gęsi za wodą, kaczki za wodą, nierzadko wariacyjnie przechodzących przez różne tonacje, wzbogacane para jazzowymi improwizacjami, albo też opracowaniami w stylu choćby Grażyny Bacewicz. Skromny zespół – skrzypce (Wioletta Jakubiec), wiolonczela (Katarzyna Stasiewicz), akordeon (Anastazja Gizińska), niekiedy zamieniany na fujarkę i do tego w chwilach najbardziej brutalnych – uderzeniem w bęben, nie dałby się zastąpić innym medium.
Do tego warstwa wokalna, również stylizowana na surowe, białe głosy, może poza Matką Boską – Joanną Jeżewską, która ma inaczej postawiony wokal, niekiedy także rozpisana wielogłosowo i bardzo czysto odśpiewana w małym chórku.
Jeśli jeszcze do tego dodamy interesujące układy tańców Mariusza Żwierko, choć trochę trącące rewią, to będziemy mieć obraz wcale nie udawanego folku, z pysznie wymalowanymi ikonami wozem Martyny Kander, a także dosyć bogatymi i nieszablonowymi kostiumami Anny Adamek, co w sumie bardzo ułatwia odbiór wcale nie łatwego przedstawienia o wielowarstwowej, publicystycznej wymowie, bez cisnącego się w ostatnich scenach „happy-endu”. Bo choć każdy przyzna, że wieś jest piękna, a żyjący na niej od wieków ludzie są esencją polskości, to jednak nie da się jej zrozumieć bez sporej dozy smutku.
